
Benita – Portret bez Twarzy i Triumf Fal Dźwięków
Ten obraz narodził się we mnie jako nagły, głęboki impuls po wysłuchaniu reportażu o Benicie i jej mutyzmie. Słuchając jej, uderzyło mnie, z jaką niezwykłą naturalnością, bez skrępowania i zbędnego upiększania opowiedziała o swojej rzeczywistości. Pokazała to bardzo prawdziwie. Dla wielu osób mutyzm może wydawać się dysfunkcją czy chorobą, ale dla mnie – podobnie jak spektrum autyzmu – jest to po prostu dar. I w jej przypadku na pewno nim jest.
Gdy tylko zacząłem przelewać tę historię na płótno, wiedziałem, że muszę uciec od schematów. Nie chciałem tworzyć tradycyjnego, realistycznego portretu – odwzorowywać rysów twarzy, kształtu głowy. Postanowiłem stworzyć portret całkowicie inny niż wszystkie: portret bez twarzy. Od początku czułem, że ta praca musi zostać oparta na trzech fundamentalnych filarach: oku jako bramie do duszy, zasznurowanych ustach oraz pięciolinii. To właśnie ta pięciolinia i zapisane na niej nuty stały się głosem Benity, dzięki któremu zaczęła mówić do świata.
Układając na obrazie fale i linie melodyczne, starałem się opisać je w sposób jak najbardziej przyjazny, odzwierciedlając strukturę jej własnych utworów. Te fale mają różny rytm – raz są całkowicie spokojne, by za chwilę gwałtownie rwać w górę i opadać w dół, tworząc misterne wariacje. Choć momentami ten układ może wydawać się chaotyczny, z dumną precyzją dbałem o to, by te linie nigdzie się ze sobą nie przecięły. Chciałem w ten sposób oddać perfekcję i czystość jej gry, sprawić, by w wizualnej interpretacji te dźwięki nigdy na siebie nie nachodziły. W jednej z górnych partii fal widać ostry kształt iglicy wbijającej się w noc i towarzyszący jej księżyc. Noc to dla twórcy czas szczególny – to moment potężnej, dodatkowej inspiracji. Wyobraziłem sobie Benitę, jak wspaniale gra po zmroku, w zupełnej ciemności, idealnie rozumiejąc mrok i jednocząc się z nim w twórczej zadumie.
Kiedy spojrzycie na formę jej oka, dostrzeżecie, jak niezwykłe posiada spojrzenie. Jest ono z jednej strony trzeźwe, bystre, a z drugiej – jakby wiecznie, wewnętrznie uśmiechnięte. Ze źródła tego oka wypływa jednak krwisty, mocny klucz wiolinowy. To znak, że jej twórczość nie rodzi się z beztroskiej radości; jest głęboko obciążona jej osobistą historią i trudnymi doświadczeniami. Za źrenicą, w głębi oka, rozpościera się nocne niebo, ale nie jest ono puste. Umieściłem tam tańczące, białe świetliki – niczym niezidentyfikowane obiekty, które zaczynają tam wariować. To tam ukryte są najgłębsze interpretacje i kompozycje Benity, jej wewnętrzna poezja, formy i stany, których nie potrafimy ubrać w ziemskie słowa. W jej muzyce można usłyszeć te świetliki, one tam naprawdę wybrzmiewają i tańczą. To mnie niesamowicie urzekło, chwyciło za serce i właśnie tak postanowiłem to zobrazować. Jej źrenica ma intensywny, żółty kolor – to z kolei symbol ukrytej w głębi radości, jej promienistego, świetlistego, poetyckiego uśmiechu, który nosi w sobie pomimo wszystko.
Schodząc niżej, docieramy do ust. Są one ciasno, bezwzględnie zasznurowane grubą dratwą. Otworzyły się tylko na krótką chwilę, by skomunikować się z najbliższą rodziną, po czym zamarły w milczeniu. Jeśli przyjrzycie się uważnie warsztatowi tej pracy, zauważycie, że igła, która zasznurowała te usta, przebija się przez wszystkie warstwy obrazu, przechodzi przez pięciolinię i kończy swój bieg na samym dole, zwieńczona ostrym supłem. Ten drobny element ma dla mnie potężne znaczenie – to symbol absolutnej, przejmującej ciszy, jaka zapada w sali i w głowie tuż po zakończonym koncercie.
Jednak pomimo tego bólu i zaciśniętych ust, cały wyraz jej muzyki płynie przez obraz z niesamowitą miękkością, niczym piękna, rozpędzona rzeka. To nie jest już kamienisty, raniący potok; to rwący, głęboki nurt, potężny wir w toni wodnej. Ten ruch jest niesamowicie dynamiczny, a jednocześnie – paradoksalnie – bardzo uspokaja. Fale, które namalowałem bezpośrednio pod okiem, to z kolei mój hołd dla jej motoryki i płynnych ruchów rąk. Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo, kto potrafiłby tak subtelnie i finezyjnie – zwłaszcza prawą dłonią – prowadzić poszczególne dźwięki.
Na samym dole kompozycji ukryłem jeszcze trzy małe, białe punkciki w delikatnej, seledynowej obwódce. To kolejne niezidentyfikowane obiekty, wolna przestrzeń pozostawiona dla Was – miejsce na Wasze własne interpretacje. Benita w kwestii interpretowania muzyki robi rzeczy genialne, nieoczywiste i właśnie w tych małych punktach zamknąłem tę najwspanialszą, nieodgadnioną tajemnicę jej talentu.
