
Impulsem do namalowania tego obrazu była zupełnie zwyczajna chwila. Siedziałem z synkiem, oglądaliśmy bajkę – z tych bardziej dla dorosłych, bo choć kolory i animacja były dziecięce, to padały tam świetne teksty. W pewnym momencie usłyszałem zdanie: „Dlaczego durne owady lecicie w kierunku neonów?” i poczułem, że muszę to przelać na płótno.
W lewym rogu obrazu umieściłem neon, który przedstawiłem dosłownie jako rybkę Neo – małego neonka. Nadałem mu jaskrawe, „neo-kolory”, czyli barwy naświetlone w różnych pasmach odbicia fali. Ten neon to metafora współczesnych reklam, komercji i mamony, do których my, ludzie, lgniecie niczym bezmyślna cywilizacja owadów. Na obrazie lecą w jego stronę trzy symboliczne stworzenia. Każde jest z zupełnie innej bajki. Jeden z owadów u samej góry jest tak bezwiednie zapatrzony w to światło, że aż daje buziaka drugiemu. Skupiłem się jednak najbardziej na tym środkowym, z kolorowymi skrzydłami. To dla mnie idealny opis celebrytów – takich wrednych, kolorowych ptaków, zawsze ślicznie ubranych na pokaz, którzy zrobią wszystko dla komercji, byle tylko zgadzała się gotówka.
Ale wśród tego całego zgiełku uchwyciłem też inną postać. Leci w tym dziwnym świecie, ale w zupełnie przeciwnym kierunku, ukryta w statku kosmicznym przypominającym dziób ptaka. Ona ma ten neon gdzieś, w ogóle nie jest nim zainteresowana, zmierza w swoją stronę.
Ktoś mógłby powiedzieć, że układ tego obrazu jest banalny, płaski, mało przestrzenny. Dla mnie jednak wymiar nie ma najmniejszego znaczenia. Ważna jest chwila i impuls. Często maluję to, co mi się po prostu przyśniło, na małych formatach, na tym, co mam akurat pod ręką. Nie zastanawiam się, czy coś jest bliżej, dalej, czy jest duże czy małe. Obraz i tło zlewają się dla mnie w jedno, a tradycyjna wielowymiarowość ustępuje miejsca mojej własnej wizji.
Nad tłem tego obrazu pracowałem bardzo długo. Opowieść zaczyna się od lewej strony, od Jutrzenki, gdzie wschód słońca przechodzi praktycznie w mrok nad górami. Moje góry nie mają naturalnych barw – mienią się delikatnie między odcieniami brązu a purpury. Chciałem przez to pokazać, że góry nie powinny być dla nas durną rozrywką, miejscem na zaliczanie kolejnych szczytów, wysokości czy odległości. Nie po to zostały stworzone.
Kiedy zagłębimy się w teorie Wiktora Schaubergera – austriackiego przyrodnika o niezwykle mistycznym podejściu do natury – dojdziemy do niesamowitych wniosków. On genialnie tłumaczył, jaki związek mają góry z przyrodą, temperaturą, ciśnieniem i przede wszystkim z wodą. To właśnie w górach zachodzą te potężne procesy biofizyczne i dlatego w tle mojego obrazu umieściłem życiodajną wodę. To przestrzeń do głębokiego rozmyślania nad sensem bytu i naturą, a nie komercyjny plac zabaw.
W sztuce chodzi mi przede wszystkim o to, żeby się wyrazić, ale też zachęcić Ciebie – człowieka po drugiej stronie płótna – do myślenia. Wiem, że sztuka bywa trudna. Nie zależy mi na tym, żebyś nie zgadywał, „co autor miał na myśli”. Chcę tylko, żebyś poświęcił odrobinę czasu, zatrzymał się i pozwolił temu obrazowi wygenerować Twoje własne myśli i Twoje własne emocje. Tak po prostu.
Im dalej w las, tym pytań pojawia się więcej. Do dziś nie jesteśmy przecież w stanie jednoznacznie określić, dlaczego te owady z taką ślepą determinacją pędzą w stronę sztucznego światła neonów.
Al na tym obrazie jest jeden pasażer, który leci w zupełnie przeciwnym kierunku, ku temu, co nieznane, on już to wszystko widział. Zna blask neonów, poznał ich powierzchowność i wie, że nic tam na niego nie czeka. Nie potrzebuje tego blichtru, by odnaleźć się w życiowym pędzie. Łatwo byłoby usiąść na jednym, sprawdzonym koniu i zacząć tworzyć rzeczy powtarzalne. Gdybyśmy namalowali sto obrazów o technicznie wysokiej jakości albo skomponowali sto utworów idealnie wpasowujących się w komercyjne widełki, przyzwyczailibyśmy publiczność do takiego bezpiecznego, przewidywalnego „piękna”. To gwarantuje stuprocentowy sukces finansowy i pełną monetyzację. Ale w twórczości zupełnie nie o to chodzi. Idąc tą ścieżką, zabijamy w sobie odkrywcę – kogoś, kto potrafi dotrzeć do nowych, niezbadanych jeszcze przestrzeni. A to dla prawdziwego twórcy oznacza śmierć. Gdyby ten statek zawrócił w stronę neonów i łatwego zysku, byłby to nasz koniec. Dlatego on musi lecieć pod prąd, naprzeciw pędzącej chmarze owadów, by za wszelką cenę nie zatracić samego siebie.
To bezpośrednie nawiązanie do głębokiej świadomości i osobowości tej postaci. Wbrew pozorom to wcale nie jest wolność. Twórca tak naprawdę nigdy nie jest wolny – jest niewolnikiem własnej wyobraźni, z której uścisku prawdziwy artysta nigdy nie zdoła i nawet nie chce się wyzwolić. A te wszystkie inne owady zawsze będą gdzieś tam krążyć w tle, próbując swoim chaotycznym lotem przysłonić mu właściwy kierunek drogi. Samotna podróż tego jednego uciekiniera może wydawać się bez znaczenia dla reszty świata, ale to ten sam wspólny świat i ten sam los, który dzielę z Tomaszem Kowalczykiem – los artystów idących na przekór wszystkim i wszystkiemu…
