,,Maski”

Filar Masek – Studium Kropki, Emocji i Ocalenia

Ten obraz, zapoczątkowany w 2017 roku, to efekt mojej mocnej, niemal matematycznej rozkminy nad techniką dotworku (kropkowania). Fascynuje mnie fakt, jak z pojedynczych punktów rodzi się cała rzeczywistość: jedna kropka to tylko ślad, dwie tworzą już zalążek linii, a trzy – połączone ze sobą – potrafią przekazać formę tak podstawową i silną jak trójkąt. Z tego mikroskopijnego skupienia zaczął wyłaniać się kształt; zamknąłem tę kompozycję wertykalnego filaru masek w surowej, neogotyckiej stylistyce.

Z założenia starałem się ukazać na tym filarze sześć masek. Jednak z racji tego, że jest to bryła trójwymiarowa, logika podpowiada, że z tyłu ukryte są jeszcze dwie, co dawałoby ich łącznie osiem. Nie chciałem się już z tym bawić – te dwie celowo pozostawiam niewidoczne, niech będą tajemnicą dla widzów. W strukturze sześciu widzialnych masek zależało mi na uwidocznieniu sześciu skrajnych stanów ludzkich emocji.

Dwie maski wysunięte na sam front są złe, bezwzględne – zwłaszcza ta dominująca, umieszczona u samej góry. Obie frontalne twarze są jednak otoczone w bocznych strefach przez inne stany duchowości, które im towarzyszą. To dokładnie tak jak w życiu. Te poboczne, ukryte w cieniu maski mają w sobie ziarno dobra, ale przez potęgę frontowych oblicz potwornie cierpią. Każda z nich określa inny moment, inny stan chwilowości:

  • Widzimy tam wyraźny ból i głębokie strapienie.
  • Jest tam problem, który narasta, rodząc rozpacz i czyste przerażenie.
  • Jest też maska całkowicie pozbawiona troski – zamarła w bezradności beznadzieja z otwartymi ustami.

Która jest która? Zostawiam to Wam, zgadnijcie sami… Przy pracy nad tą beznadziejną, zastygłą w milczeniu maską najwięcej czasu spędziłem nad oczami. Wiedziałem, że jeśli zgubię się gdzieś w ich spojrzeniu, obraz straci swoją całą siłę wyrazu i nie przekaże tego, co nosiłem w sobie. Nie dążyłem do perfekcji 1:1. Moje nieperfekcyjne kropki, nakładane jedna obok drugiej, same zaczęły wypełniać przestrzeń, tworząc swój własny, unikalny nieperfekcyjny ład.

Kolory na tym obrazie pojawiły się znacznie później – są wtórne, musiały odczekać aż 8 lat, przechodząc długi okres dojrzewania. Osobiście uważam, że kolor jest tak naprawdę tylko dla publiki; to moje antidotum na szarość aranżacji świata. Skąd ten przełom po latach? Z prostej zasady: im bardziej szaro i ciężko robi się w życiu, tym więcej barw powinno się w nie wprowadzać. Kiedy człowiek dociera do momentu, w którym otaczająca go szarość staje się tak gęsta, że zaczyna zakłócać jego wewnętrzną wizję – wtedy właśnie warto sięgnąć po kolory. Moje barwy są nienaturalne, celowo przesycone. Mam gdzieś podręcznikowe, książkowe zasady kompozycji, choć doskonale je znam. Nie zależy mi na dawaniu publice tego, czego oczekuje. Kolorami opisuję stany psychiczne – to czysta symbolika.

Dla samego siebie barw nie potrzebuję. W tej chwili są one dla mnie lekarstwem, dokładnie tak, jak kiedyś były nim linie. Moje wcześniejsze, misterne linie działały na mnie uspokajająco i kojąco, ale miały też drugie, niezwykle ważne zadanie: ocaliły mnie przed zagładą mojej wady wzroku. Mam mocny astygmatyzm, który objawia się brakiem koncentracji pola widzenia. Przy prowadzeniu tak precyzyjnych linii nie ma innej opcji – musisz maksymalnie skupić wzrok, by poprowadzić je starannie, pięknie i symbiotycznie. Po latach mogę z ulgą wyznać, że ten rzemieślniczy trud pozwolił mi kontrolować wadę, z którą będę zmagał się już zawsze.

Dziś linie dały mi kontrolę, a kolory stały się ucieczką i momentem wytchnienia. Dzięki nim poznaję zupełnie nowe rewiry własnych myśli twórczych. Tylko krowa nie zmienia zdania, dlatego ja nie boję się transformacji. Kiedy życiowy wiatr wieje nam prosto w oczy, na przekór wszystkiemu, powinniśmy to głęboko przemyśleć i iść dalej, zmieniając kierunek lotu.